Artykuł oryginalnie został opublikowany na tej stronie.

To jedna z tych nocy, podczas których nie odsypiam w drodze do pacjentów, bo wolę gapić się w przemijające pod maską mercedesa paski linii przerywanej. Siedzę zgarbiony, z kolanami na desce rozdzielczej, nosem wsadzonym pod kołnierz polara i dłońmi wciśniętymi pod pachy.

Zastanawiam się, czy to, że mogę spać w pracy jest benefitem, czy może raczej to te nocne wyjazdy do „en te” są przekleństwem?

Dobrze oświetlona, zupełnie pusta jezdnia, w połączeniu z zapachem świeżo wypranego polara dają mi coś w rodzaju sztucznego ukojenia. W sensie, wykonywane czynności dalej nie są warte mojego braku snu, ale za to jest… ładnie. I chwilowo przytulnie.

– Zbychu, czemu jedziesz środkiem? – pytam z ciekawości, w końcu, po kilku latach wspólnej jazdy.
– Bo lubię – Zbych uśmiecha się spod wąsa.

No i, zagadka rozwikłana.

* * *

Książkowi pacjenci nie istnieją. Praktycznie wszystkie scenki, przerabiane podczas wykwintnych kursów i na wypasionych symulatorach, dotyczą prawie zdrowych dotychczas czterdziestolatków, którzy na koniec, w przypadku prawidłowo wykonanych czynności, żyją długo i szczęśliwie.
W realnym świecie dostajemy te same scenariusze, z tym że u pacjentów, którzy już od dawna prawie nie żyją.

– Tu nie ma nadciśnienia. Przyklej elektrody, a ja idę po tlen – mówię do Zbycha, dumnie kroczącego z ciśnieniomierzem w ręku w kierunku skrajnie wyniszczonego, białego jak papier siedemdziesięcioczterolatka.

Zbych posłusznie odwraca się na jednej nodze, żeby odłożyć ciśnieniomierz do plecaka.

– Zbychu, zostaw. Może się przydać później – mówię, próbując brzmieć uprzejmie.
Zbych momentalnie wykonuje obrót w przeciwnym kierunku i kładzie ciśnieniomierz w nogach pacjenta.
Dobrze, że chociaż się słucha.

Nie dość, że noc, to jeszcze podpucha. Miał być captopril, hydro i lulu…

– Ale ja naprawdę mierzyłam… – wtrąca przepraszająco żona pacjenta.
– Dobrze, nic się nie stało – mówię i wychodzę.

Nic jak nic, kurwa.

* * *

Gdy Zbychu obkleja klienta dwunastką, ja czytam jego kwity. No jest, napadowe migotanie, strzelane średnio co pół roku. Ale jest też szpiczak mnogi i do tego kilka rzeczy mniej istotnych. W sensie, mniej istotnych dla mnie, ale mimo to, powoli zabijających pacjenta.

Kurwa. Wyciągam telefon i googluję szpiczaka. Czytam po kilka zdań z pierwszych trzech wyników. Nic nowego, więc chyba nie jestem aż tak bardzo w dupie z wiedzą wykraczająca poza ALS. Odwracam się do żony.

– W jakim kontakcie mąż jest na co dzień?

Wystraszona staruszka, ze złożonymi jak do paciorka dłońmi, szybko do mnie podbiega.

– W słabym – mówi z politowaniem. – I prawie nie chodzi… – dodaje.
– Droga pani, ale jak rozmawia? Normalnie się komunikował, dzisiaj, wczoraj?
– A, tak! – rozkłada ręce, patrząc z frustracja w podłogę. – Dzisiaj jeszcze czytał książkę.

No proszę. A kurwy, wzywające do najebanych, mówią, że „nieprzytomny”.

– A była biegunka, wymioty? – pytam, dla usprawiedliwienia potencjalnych zastrzeżeń co do prądoterapii.
– Nie – odpowiada kobieta, znowu składając dłonie.
– Więc, jak to było, proszę powiedzieć?
– Nagle zasłabł, panie doktorze!

Nie, kurwa. Nie mam, ani czasu ani chęci na tłumaczenie „who the fuck is paramedic”. Zresztą, u nas paramedyk to jest masażysta.

– A wcześniej? Na coś się skarżył?
– Nie… – kobieta mówi błagalnym tonem. Znaczy: „działajcie, proszę”.

Papiery pisze się dla prokuratora. A czynności wykonuję się, mając na uwadze ich interpretację przez doktorów SORu. Znaczy i tak się wykonuje to, co trzeba. Ale w kwitach ujmuje się wszystkie „za” i pomija „przeciw”, żeby żadna kurwa nie mogła się przypierdolić.

* * *

Wstając z krzesła, rzucam okiem na dane pacjenta. Jest to Eugeniusz. Idąc do niego, odbieram od Zbycha wydarty z ZOLLa wydruk. No i są, migotki, dwieście piętnaście na minutę.

– Panie Eugeniuszu – mówię wciskając kciuk i palec wskazujący w widoczny jak na dłoni mięsień czworoboczny.

Eugeniusz obojętnie otwiera oczy. Na twarzy pojawia się mimika. Jak by chciał powiedzieć „teraz jestem, ale zaraz mnie nie będzie”. Zna facet te stany, niczym ja przebudzenia po urwanym filmie.

– Panie Eugeniuszu! – powtarzam głośno, żeby zaczął gadać.
– Tak – mówi, jednocześnie pytająco i twierdząco.
– Panie Eugeniuszu, migotanie jest zbyt szybkie. Zgadza się pan na kardiowersję? Tak jak ostatnio, w szpitalu? Uderzenie prądem? Trzeba to zrobić jak najszybciej, bo później serduszko może nie wytrzymać.
– Tak… – równie pytająco i równie twierdząco.
– A proszę powiedzieć, jaki jest dzisiaj dzień?

Eugeniusz zamyka powieki. Znowu zaciskam palce.

– Tak? – pyta, ponownie otwierając oczy.
– Jaki mamy dzień? – pytam.

Cisza. Jego gałki oczne kierują się powoli w kierunku sufitu.
Przykładam palce do nadgarstka i tętnicy szyjnej. Mówię do Zbycha, żeby szykował trójkę midanium i czwórkę morfiny. Idę do plecaka po zestaw do intubacji. Na wszelki wypadek.

* * *

Szpiczak, kurwa. Jak nie wyjdzie, to się przypierdolą. Patrzę na telefon. Może by się jeszcze doszkolić?
Chuj tam. Pamiętam swoje życie od któregoś z pierwszych lat. Nie przypominam sobie, żebym się prosił na świat. Jak również, nie przypominam sobie, żebym obiecał, że będę grzeczny. Chuj im w dupę, służbistom i politykom.
Zbych z wypiętymi do przodu wąsiskami rozcieńcza leki. Ja tymczasem przyklejam Eugeniuszowi elektrody samoprzylepne pod obojczyk i na żebra, omijając dwunastkę.

– Pani żono, nie ma innego wyjścia. Musimy zrobić mężowi strzał pródem, tak jak ostatnio w szpitalu. Może być nieskuteczny, ale bez tego męża nie dowieziemy. Rozumie pani?

Kobieta nie odpowiada. Zawzięcie zaczyna recytować zdrowaśkę, stojąc w kącie i co chwilę unosząc ręce do nieba.

Trzęsę głową. Ty zaspany chuju, niczego nie przeoczyłeś?
Zbych gapi się na mnie pytajaco, trzymając w łapie dwie strzykawki.
– Dawaj – mówię.
– Normalnie?
– Szybko, kurwa…

Zbych ze zdziwiona gębą, mówiącą „co ty kurwa odpierdalasz”, ładuje Eugeniuszowi w łokieć zawartość strzykawek.
Ten powoli zamyka oczy.

Idę za jego głowę. W prawej dłoni trzymam rurkę ustno-gardłową, a lewym palcem wskazującym powoli przesuwam po powiece. Brak reakcji. Łapiąc za siekacze, wyciągam żuchwę i obrotowym ruchem wsadzam rurkę.
Weszło, jak w masło.
Patrze na monitor i przykładając palce do tętnicy szyjnej. Jadziem, kurwa.

– Zbychu, wciśnij synchro – mówię, czując mrowienie w potylicy.
– Ja nie wiem! – mówi Zbychu stanowczo.

Kurwa.

Podchodzę do ZOLL’a. Wciskam synchro i ładowanie. Rozglądam się, jak debil. Dobra, kurwa. W razie czego powiem, że sam się zatrzymał. Zbych i tak nic nie kmini. A żona, tym bardziej.
Pizd. Wciskam wyładowanie.

Po trwających w moim odczuciu wieki, kilku sekundach linii izooelektrycznej, na monitorze pojawia się zatoka. Sto piętnaście. Wciskam Gieńkowi paluchy w szyję.
No i jest, kurwa. Jesteśmy w domu, kurwa.

* * *

– Czyli, panowie, wyleczyliście – mówi lekarz SORu, przeglądając kwity.
– No nie wiem – odpowiadam obojętnie.

Nie lubię chuja, za donosy.

– A proszę powiedzieć, panie A. … A jeżeli to był zawał? – mówi powolnie lekarz, czerpiąc satysfakcję z każdego wypowiedzianego słowa. – Czy wtedy pacjent, zamiast do nas, nie powinien trafić na hemodynamikę?
– A wie pan, że nie wygląda? – odpowiadam, wręczając mu ostatnią dwunastkę.

Gapie się na jego zgorzkniałą minę.

– A skąd pewność? – poddenerwowany doktor nie daje za wygraną.
– A no stąd pewność, że ją miałem. Bez bólu, kurwa, i książkowo według tego samego scenariusza, co zawsze, kiedy lądował u was.

Lekarz odwraca się bez słowa i idzie w kierunku leżącego na noszach Gieńka.

* * *

Uwielbiam chlać z czystym sumieniem. Żywy, gadający człowiek sprawia, że bez problemu zaczynam o dwunastej, gdy wcześniej skończyłem o czwartej.

W drodze do monopolowego, oddzwaniam do Wojtka, mojego kierownika.

– Co tam?
– Znowu, kurwa, skarga. Ja cię chyba zdejmę z kierownika.
– Co tam? – ponawiam pytanie, wzdychając obojętnie.
– Skarga z SORu – Wojtek próbuje brzmieć wychowawczo.
– No?
– Podobno reanimowałeś rozsiany proces nowotworowy? To prawda?
– Wojtek, kurwa, co ma szpiczak mnogi do niestabilnego migotania?
– A wolno ci, kurwa, strzelać migotanie?!
– Kardiowersja to nie reanimacja, kurwa!
– A skarga to skarga, kurwa! I tam napisali, że zastosowałeś uporczywą terapię przy rozsianym procesie nowotworowym.
– Ok. Czyli, gość żyje?
– A ja nie wiem. Powiedz lepiej, jak się wytłumaczysz?!

A.

Fot.: Mitchel Lensink